Share on facebook
Share on twitter
Share on linkedin
Share on email
Share on whatsapp

Rozmawiałem właśnie z prezesem–pasjonatem małego klubu sportowego. Takie kluby stanowią podstawę wielkiej piramidy polskiego sportu. To w nich zaczynają kariery wielcy polscy sportowcy, dzięki którym słuchamy „Mazurków Dąbrowskiego” i widzimy biało-czerwoną flagę na maszcie. To chłopaki z takich maleńkich klubów, z małych miasteczek, poprzez swoje zwycięstwa, medale, rekordy zachęcają do zaangażowania się w sport kolejnych młodych chłopaków -i dziewczęta.

 

I takich prezesów-pasjonatów, którzy działają społecznie, a często dokładają własne pieniądze, jest mnóstwo. Warto ich doceniać. Prezes i jednocześnie właściciel lokalnej małej telewizji skarży mi się na idiotyczny system dotacji państwowych dla takich małych klubów, jak jego. Dostaje 180 tysięcy z miasta (rzecz się dzieje w Polsce Zachodniej). Dostał też 10 tysięcy w ramach jednego projektu ministerialnego , a z drugiego 17 tysięcy.

W klubie się ucieszyli, bo jak w wielu małych klubikach ledwo wiążą koniec z końcem. Ale ucieszyli się za wcześnie. Okazało się, że ostatnia dotacja będzie cofnięta, ponieważ… przekroczony został budżet 200 tysięcy złotych! W tym momencie dotacje się już nie należą. W klubie rozpacz, bo choć to klub piłkarski, to jednak nie z Ekstraklasy, tylko jednej z niższych lig, gdzie każde 100 złotych z wielkopolską solidnością jest z góry zapisane, na co pójdzie. Prezes nie wie, co ma zrobić. Jest rozgoryczony, bo on i inni pasjonaci z tegoż małego klubu mają poczucie, że bezduszne przepisy podcinają im skrzydła.

A ja sobie myślę, że jak owe przepisy są głupie, bezduszne, nieżyciowe i nie sprzyjają małym klubom, dla których zostały stworzone – to należy je po prostu zmienić. Czyż nie, drogi resorcie sportu i turystyki?