Share on facebook
Share on twitter
Share on linkedin
Share on email
Share on whatsapp

Piszę ten felieton tuż przed pójściem na mecz barażowy o awans do piłkarskiej I ligi. Podkreślam to, bo niektórzy pseudo – eksperci i inni mądrale, którzy chcą pouczać rodaków o tym czym jest futbol – nigdy w życiu nawet nie byli na meczu choćby i zaplecza Ekstraklasy, czyli właśnie I ligi.

 

Ja w swoim czasie chodziłem na piątą ligę, więc jak zabieram głos na temat polskiej piłki, to jednak przynajmniej trochę wiem o czym mówię. Oczywiście zawsze kibiców najbardziej interesować będą wisienki na sportowym torcie w postaci rywalizacji na Igrzyskach Olimpijskich, mistrzostwach świata czy mistrzostwach kontynentu. Ale bez obecności i zrozumienia sportu amatorskiego czy półzawodowego tak naprawdę nie zrozumie się sportu przez duże „S”.

Wiem, że ekscytują nas mecze Biało-Czerwonych z Holandią czy wicemistrzami świata – Francją na EURO 2024, ale jednak obejrzenie meczu KKS Kalisz z Polonią Bytom dobrze mi zrobi. Bo nawet jak patrzy się z upodobaniem na wierzchołek piramidy polskiego sportu, to trzeba też widzieć tegoż fundamenty.

Szkoda, że polityka przenosi się na sport nie poprzez rywalizowanie poszczególnych polityków o to, żeby zdobyć jak największe pieniądze dla „swoich” klubów czy związków sportowych, tylko poprzez publiczną egzekucję poprzedniego ministra sportu, który teraz staje się tarczą strzelniczą w związku z dotacjami, które przyznawał.

Gdy czytam, że ubiegało się o ministerialne granty tysiąc fundacji, stowarzyszeń i organizacji, a dostało pieniądze tylko osiem – to dziwię się, dlaczego nie ma tam ani słowa, że kolejnych kilkaset dostało owe granty w następnym rozdaniu – i to już po kilku tygodniach. Czemu mówi się tylko o awersie tej sportowo-ministerialnej monety, a nie o rewersie? Odpowiadam: bo polityka, bo kampania wyborcza…