Liczba tygodnia

Kliknij→

Tyle punktów wywalczył w Gorzowie Andres Thomsen wygrywając pierwszy turniej Grand Prix w swojej karierze

LICZBA TYGODNIA LOTTO

Tyle punktów wywalczył w Gorzowie Andres Thomsen wygrywając pierwszy turniej Grand Prix w swojej karierze
fot. Skysports
Share on facebook
Share on twitter
Share on linkedin
Share on email
Share on whatsapp

Pucharowe rozgrywki w Anglii to niejednokrotnie całkiem intrygująca, ale i przy tym zabawna odskocznia od ligi. Nałogowo niemalże oglądane w lidze maszyny, kombajny, w pucharach często zmieniają swoje oblicze i przeobrażają się w kosy, bądź też kosiarki. Może to moje kilkuletnie zboczenie odnośnie angielskiej piłki, a może dziwnie przyjemny masochizm, ale lubię popatrzeć jak dajmy na to Arsenal, kopie się kolejny raz po czole z Nottingham, jak Newcastle swoim pierwszym garniturem nie jest w stanie ograć trzecioligowego Cambridge Utd., które utrzymuje się nad strefą spadkową na zaledwie cztery punkty, czy jak dawno zapomniany zawodnik, dajmy na to Benik Afobe próbuje udowodnić kolejny raz swoją wartość…

Bez ironicznego wydźwięku natomiast – często można tam dostrzec niezwykle utalentowanych grajków, których jak pokazuje rzeczywistość – niewiele dzieli od rezerwowych, bądź też podstawowych zawodników angielskiej ekstraklasy. Zapraszam zatem do kilku spostrzeżeń odnośnie zmagań zespołów Premier League w pucharze Anglii. Właściwie to zapraszamy, bo Patryk zajmuje się poniedziałkowym meczem United z Villą. Ja już raczej nie byłbym w stanie zaserwować sobie kolejnej dawki wyśmienitego futbolu.

Millwall – Crystal Palace 1:2

Zaczynamy na wesoło, mocnym akcentem, bo takim też ten mecz się rozpoczął. Niespotykana wizja i pewność siebie w rozegraniu Jacka Butlanda powoduje, że piłka spada pod nogi nikogo innego, jak weterana angielskich boisk – Benika Afobe, który o mało nie zabijając się, o własne nogi kieruje piłkę do bramki Palace i mamy 1:0! Na przestrzeni czasu od tej bramki nie mamy do czynienia z nie wiadomo jak znaczącą przewagą którejkolwiek ze stron, aż do momentu wyrównania, kiedy to przypomnieć o sobie po raz drugi w krótkim okresie czasu postanowił Michael Olise, który dobrym, mierzonym strzałem pokonał bramkarza Millwall. Dość śmieszny w kontekście obrony drużyny The Lions, jest fakt, że chwilę później w identyczny sposób Olise bliski był zdobycia bramki numer dwa, jednak na jego drodze stanął tym razem słupek. Ten sam słupek, od którego wbił piłkę do siatki przy pierwszym strzale. Fakt faktem, za sprawą Michaela, pierwsze 15min drugiej połowy było pod totalne dyktando drużyny Patricka Vieiry. Francuski skrzydłowy po dobrym dryblingu i odpowiedniej wrzutce na głowę Matety, zgarnął w moich oczach statuetkę piłkarza spotkania i chyba obecnie jest on w największym gazie ze wszystkich zawodników Crystal Palace. A co do Millwall… fajne chłopaki, ale jednak miejsce, w którym się znajdują nie jest dziełem przypadku.

MVP: Michael Olise

Leicester – Watford 4:1

W tym wypadku nie ma sensu się rozpisywać, nawijać makaronu na uszy, bo jeszcze niejednokrotnie przy okazji podsumowań kolejek będzie szansa się na ekipie Ranieriego wyżyć. Jestem gotów stwierdzić nawet, że mecz ten niesie za sobą obustronne korzyści. Dla Leicester: mogli na swoim boisku poćwiczyć skuteczność, nie angażując przy tym znacznej części pierwszej drużyny, dla Watfordu: nie będą musieli się dalej kompromitować w żadnym pucharze w tym roku. Zostaną tylko kompromitacje w Premier League. I nie przemawia przeze mnie niechęć do drużyny Claudio, czy przesadna zarozumiałość. Po prostu na Watford obecnie aż przykro patrzeć i myślę, że Burnley przy najbliższej okazji, która będzie miała miejsce 18 stycznia chciało będzie pewnego rozliczenia. A na nie, Watford absolutnie nie jest gotów.

MVP: Ademola Lookman (imponująca forma!)

Newcastle – Cambridge United 0:1

A teraz wyobraźcie sobie wszystkich kibiców, którzy tego dnia przyszli zobaczyć wpi***ol na St. James’ Park, a sami go otrzymali. I ja rozumiem poprzeczki, rozumiem bramki ze spalonego, ale w tak żałośnie śmieszny sposób przegrać mecz, to potrafi w tym sezonie tylko i wyłącznie Newcastle! Polecam serdecznie te komedię na romantyczne, zimowe wieczory.

MVP: Fabian Schaer (gość jest tak fatalny, że MVP to mu się należy, ale ja bym mu dodatkowo je wystawił jako piłkarzowi Cambridge, polecam bramkę dla gości, niezapomniane widoki).

Port Vale – Brentford 1:4

Mecz, który obejrzałem jedynie skrótowo z racji przekonania o regularności i solidności drużyny duńskiego szkoleniowca. Zagrać, zdominować, zapomnieć, jak na solidnego ligowca przystało. Na wyróżnienie zdecydowanie zasługuje Bryan Mbeumo, który wchodząc w 62 minucie załadował pewnego hattricka. Klasa!

MVP: Bryan Mbeumo

West Brom – Brighton 1:2* po dogrywce

Wiadomo kto górą, odwołując się do Mariusza P., będąc jednak obiektywnie szczery – różnica brutalnie widoczna, jeśli West Brom realnie myśli o powrocie i ostatecznie dopnie swego, to należy poważnie przewietrzyć szatnie i mądrze rozdysponować pieniądze. W przeciwnym wypadku powrót okaże się krótkotrwały. W Brighton ewidentnie szwankuje skuteczność, Panie Potter, trzeba strzelać!

MVP: Jakub Moder

Chelsea – Chesterfield 5:1

Chelsea niczym piętnastolatek puściła te Chesterfieldy z dymem. Tak powinno się grać w pucharach. Albo i nie, jeśli ktoś lubi zabawę…

INTERkontynentalny MVP: Romelu Lukaku/Obiektywny MVP: Lewis Hall

Hull – Everton 2:3* po dogrywce

Na MKM Stadium, otrzymaliśmy kawał dobrego kopania – zaangażowane i waleczne tygrysy, na krok nie ustępowały przyjezdnym z Liverpoolu. Sporo akcji, niezłe jak na realia pucharów tempo, Tom Huddlestone w środku pola, a także wreszcie trafione uderzenie z dystansu Androsa Townsenda! Uważam, że ciężko o lepszą, niż zaserwowaną przeze mnie reklamę, to po prostu trzeba zobaczyć. Chociażby w skrócie.

MVP: Seamus Coleman

Charlton – Norwich 0:1

Czasami lubię obejrzeć zmagania dwóch ekip z niższych szczebli rozgrywkowych, nowe twarze, widoczne, poczynione postępy, przyjemny widok dojrzewających prospektów… 😉

MVP: Tim Krul, bo Krul zawsze jest król.

Liverpool – Shrewsbury 4:1

Coś tam się wylewało na początku w obronie, ale generalnie to pochodziła piłeczka, kilka akcji się wykreowało, coś tam się strzeliło i dowiozło się ostatecznie zasłużony, wybiegany wynik. Mecz bez historii, może gdyby bramka dla gości na 1:2 została zaliczona, to byłoby ciekawiej. Oczywistego spalonego jednak wypada gwizdnąć, więc nie ma co się rozwodzić.

MVP: Fabinho

Tottenham – Morecambe 3:1

Tu już tylu miłych słówek nie będzie, bo dawno takiej nieporadności i męczenia buły nie widziałem. Tottenham do pewnego momentu był niewidomym, który usiłował wybić szybę rzucając kamień. I biją, tłamszą, walczą, niby się starają ograć te krewetki, ale kompletnie nic z tego nie wychodzi. Aż tu nagle Harry Winks, który czasami coś tam jeszcze na jakimś poziomie sobie pokopie, bierze piłkę i strzela bramkę życia, po czym rozpoczyna się jazda klasycznego Tottenhamu, który przypomina sobie, że w sumie, fajnie czasami pograć w piłkę, i te krewetki to wcale nie są takie mocne i wypadałoby wygrać. Drugi cios, ledwo przyjęty na gardę, a tu wyszedł trzeci strzał i było pozamiatane. Koguty byle jak, ale jadą dalej.

MVP: Harry Winks

West Ham – Leeds 2:0

O ile w pierwszej połowie to spotkanie faktycznie wyglądało, jak solidny mecz ekstraklasy, tak w drugiej Młoty, wzięły Leeds krótko za pysk i trzymały tak do końca, wymierzając w końcówce korekcyjnego liścia, aby wszystko było jasne. Uważam, że drużyna Bielsy jest już niestety wypalona i aby odmienić oblicze ekipy z Elland Road niezbędny jest powiew świeżości, ktoś, kto zdoła ich ponownie nakierować na właściwe tory, bo czas nagli.

MVP: Manuel Lanzini

Wolves – Sheffield United 3:0
W przypadku przyjezdnych ciężko o cokolwiek dobrego, natomiast cieszy, że Bruno Lage znowu wprowadził Wilki na odpowiednie obroty po ciężkich spotkaniach z City i Liverpoolem. Uważam, że jeszcze sporo namieszają w Premier League. Ten mecz zdecydowanie pod ich dyktando.

MVP: drużyna Wolverhampton jako kolektyw, znowu miło na nich popatrzeć

Nottingham – Arsenal 1:0

Wisienka na torcie, ostatni mój ride, ostatnia szansa, aby w tym tekście powiedzieć coś sensownego. Wcześniejszą formę podopiecznych Artety można przyrównać do piękna promocji 12+12 piw w biedronce. Piękna, okazała, pragnie się jej cały czas. Formę z tego spotkania można przyrównać ewentualnie do promocji na Amarenę. Gra Kanonierów zahaczała o kompletny nonsens, odbiegła niemalże w każdym aspekcie od sensu gry w piłkę nożną na racjonalnym poziomie. Jeżeli realnie projekt ma zacząć funkcjonować na wyższym, aniżeli ligowym poziomie potrzebna jest czystka nie tylko pierwszego, ale także drugiego garnituru, bo bez głębi, to nawet FA Cup okazuje się być poza zasięgiem. I jasne można mieć pretensje do sędziów, którzy znowu jakby przeciw, można mieć pretensje, że morale nie takie po przełożonym meczu z Liverpoolem, że oczywiście szyny też były złe, ale prawda jest taka, że jeżeli w odpowiednim czasie nie robi się tego, co należy, to później zbiera się takie, a nie inne żniwo. Gospodarzy należy pochwalić za solidną postawę i nie przestraszenie się gości tylko jasne, pewne przeciwstawienie się im na City Ground, gdzie trzeba przyznać, atmosfera była wspaniała.

MVP: Djed Spence (świetny występ, warto zwrócić uwagę na tego chłopaka)

Manchester United – Aston Villa 1:0

Przed tym spotkaniem wiadro pomyj wylało się na podopiecznych Ralfa Rangnicka. W zestawieniu po raz pierwszy od dłuższego czasu zabrakło Cristiano Ronaldo. Jak dowiedzieliśmy się od szkoleniowca Czerwonych Diabłów, Portugalczyk nabawił się kontuzji mięśniowej. Szanse od pierwszych minut dostali piłkarze tacy, jak Rashford, Fred, Dalot oraz wracający po przebyciu infekcji Covid-19 – Victor Lindelof. Już w 7. minucie mogliśmy się cieszyć z pierwszej bramki gospodarzy. Ku zaskoczeniu kibiców była to zasługa pary pomocników nazywana prześmiewczo przez sympatyków McFred. Brazylijczyk dośrodkował futbolówkę w pole karne a Szkot z łatwością pokonał bramkarza Aston Villi, uderzając piłkę głową. Przez dalszą część spotkania bardzo dobrze się prezentowali goście, najpewniejszą sytuację na strzelenie gola miał Ollie Watkins, który po błędzie Lindelofa został sam na sam z bramkarzem. Ostatecznie bramki nie było, a piłka z impetem trafiła w poprzeczkę. Końcówka spotkania należała jednak do gospodarzy. W 50. minucie do żywych mogli wrócić goście. Jednak po kilku minutach sędzia, konsultując się z wozem oraz monitorem VAR podyktował spalonego. Niespełna dziesięć minut po ten akcji zanotowano kolejnego spalonego po stronie Aston Villi. Druga część spotkania dla gospodarzy była, jak podróż po ruchomych piaskach. Z minuty na minutę wyglądali coraz słabiej. Ostatecznie jednak udało im się dowieźć zwycięstwo i awansować do kolejnej rundy. W meczu z pewnością wyróżnił się Marcus Rashford, choć momentami zawodnik mimo wszystko wyglądał na nieobecnego. To tylko pokazuje, jak jest duży problem z mentalem w całej drużynie. MVP spotkania został David De Gea – Hiszpan po raz kolejny uratował swoją drużynę przed ekipą The Villains.

MVP: David De Gea – Hiszpan po raz kolejny uratował swoją drużynę przed ekipą The Villains.

MICHAŁ KESLER, PATRYK KRAWCZUK