Share on facebook
Share on twitter
Share on linkedin
Share on email
Share on whatsapp

Od lat mówi się o nim – nieobliczalny, chimeryczny. Że niby dziś może wygrać rundę Grand Prix, a jutro jeździć z napisem „koniec wyścigu”. Historia Antonio Lindbaecka, anonimowego maleństwa porzuconego na przedmieściach Sao Paolo, sama w sobie jest ekscytująca. Medal IMŚ uczyniłby ją jednak jeszcze bardziej niezwykłą. Czy wciąż mamy prawo na to czekać?

Antonio Lindbaeck to specjalista od operowania na skrajnych emocjach. I w życiu prywatnym, i po założeniu kasku. Turnieje GP wygrywał do tej pory trzykrotnie: w Terenzano (2012), Toruniu (2012) oraz Cardiff (2016). Na jego twarzy często jednak gości niedosyt, na twarzach jego kibiców również. Bo papiery na pudło IMŚ są jak najbardziej, tymczasem najlepszy wynik Szweda w klasyfikacji końcowej Grand Prix to siódma lokata w sezonach 2012 i 2016.

Antonio Lindbaeck postanowił zamienić MRGARDEN GKM na Stelmet Falubaz. FOT. JĘDRZEJ ZAWIERUCHA

Gdy jednak Lindbaeck został znaleziony na ulicy, nie było przy nim żadnych papierów. No, jedna karteczka, żeby być precyzyjnym. Została ona doczepiona do kartonu z maleńkim, czarnoskórym dzieckiem popłakującym w środku. Na karteczce było napisane – „meu nome e Antonio” (na imię mam Antonio). I tyle tylko wiedziano wtedy o urodzonym w Brazylii chłopcu. W środowisku żużlowym to fakt powszechnie znany. Nie wszyscy jednak wiedzą, że nowy zawodnik Stelmet Falubazu Zielona Góra do dziś nie spotkał się ze swoimi rodzicami, braćmi oraz siostrami.

– Niestety, nigdy nie miałem okazji poznać swoich biologicznych rodziców. Brazylię odwiedzam regularnie i, owszem, próbowałem ich szukać, jednak bez skutku, a dość poważną przeszkodą okazuje się moje imię. W Brazylii jest bardzo powszechne, noszą je tysiące mężczyzn – mówił nam jakiś czas temu Lindbaeck. On sam jednak stara się podejść do całej sytuacji ze zrozumieniem.

– Wiem, że do sierocińca nie zawieźli mnie rodzice, lecz osoba trzecia. Być może zmusiło ich do tego życie i nie chcieli być tam w ogóle widziani. Dzięki znajomym trafiłem jednak na ślady, które wskazują, że mam liczne rodzeństwo, i braci i siostry. Więcej nie wiem. Los sprezentował mi jednak nowych rodziców, mam normalne życie i nie jest mi z tego powodu specjalnie przykro. A Brazylia to mój drugi dom – zapewnia Szwed, któremu zbliżoną datę urodzin ustalono na podstawie badań (5 maja 1985, pierwszy dzień wiosny w Brazylii).  

Choć może to zabrzmieć niewłaściwie, Antonio, paradoksalnie, miał w swoim życiu sporo szczęścia. Nie trafił przecież do faweli, gdzie mógłby przepaść, lecz stał się członkiem dobrze sytuowanej rodziny, która stworzyła mu szansę na rozwój, a przy okazji dała możliwość wyboru. Gdy liczył sobie trzy latka z okładem, sierotę z Ameryki Południowej postanowiło adoptować szwedzkie małżeństwo Lindbaecków i wybór padł właśnie na „Tośka”.

Cała trójka zamieszkała w Aveście, gdzie urodził się i tworzył Tony Rickardsson. Cztery z sześciu swoich tytułów IMŚ zdobył zresztą jako jeździec miejscowej Masarny. Antonio musiał się jednak najpierw postarać, by na dobre trafić do czarnego sportu, zamiast zająć się białym szaleństwem. Nowa mama, Monica Hermansson-Lindbaeck, okazała się bowiem utytułowaną narciarką alpejską, w latach 1966-70 dziesięciokrotnie sięgała po tytuł mistrzyni Szwecji w różnych konkurencjach, co czyni ją jedną z najbardziej utytułowanych szwedzkich alpejek. Dla porównania – tyle samo złota w krajowym championacie uzbierała światowa gwiazda ostatnich lat, Anja Pärson, a o jedno mniej Pernilla Wiberg. Ojczym, Ola, również świetnie sobie radził na stokach, lecz jedynie w juniorskich kategoriach. Tak czy siak, stało się jasne, że Antonio też spróbuje swoich sił na śniegu.

– Dzięki rodzicom od zawsze miałem kontakt ze światem sportu i zająłem się tą dziedziną życia na poważnie. Nie tylko narciarstwem slalomowym i freestyle’em, ale też golfem. To dzięki nim dotarłem do miejsca, w którym jestem obecnie – podkreśla Lindbaeck. Monica pracowała w miejscowej szkole jako nauczycielka wychowania fizycznego i tam właśnie przeprowadzono nabór do szkółki żużlowej. – Miałem wtedy dziewięć lat, zapytałem mamę, czy mogę iść spróbować i okazało się, że jestem w tym całkiem niezły. Cieszyłem się, bo chciałem być inny niż wszyscy, a więc niekoniecznie jeździć na nartach. No i miałem to szczęście, że rodzice chcieli we mnie inwestować nie tylko swój czas, ale i swoje pieniądze, bo żużel to sport droższy od golfa czy narciarstwa. Choć w tamtych czasach wyglądało to nieco inaczej, tzn. można było zakupić starszy sprzęt z drugiej czy trzeciej ręki. Nie było ciśnienia, by stać się z miejsca najszybszym, chodziło po prostu o to, by jeździć i się uczyć. Dziś sprzęt jest dużo droższy i trzeba więcej zainwestować, by móc się pokazać i wybić – podkreśla Antonio.

Toninho przekonuje, że Monica i Ola nie posiedli wielkiej wiedzy o speedwayu. Że wiedzą, iż skręca się w lewo. I tyle. Choć my pamiętamy, że potrafili przyjechać za nim nawet do Wrocławia. – Po prostu się cieszą, że ja dobrze jeżdżę – dodaje Lindbaeck. I niewykluczone, że doczeka się następców, bo ma już trzech synów: Valentino (11 lat), Alessandro (9) oraz Neo (7). – Najmłodszy wydaje się najbardziej zainteresowany. Bardzo chciałby jeździć i już mnie naśladuje – przyznaje Antonio, którego najmłodszym dzieckiem, czwartym, jest niespełna dwuipółletnia córeczka, Izabella.

Cała rodzinka mieszka w Aveście, 150 km od Sztokholmu, a więc wciąż w bliskim sąsiedztwie opiekunów Antonia. Panią domu jest Ida. – Gdyby nie rodzina i żużel, latałbym do Brazylii każdej zimy na kilka tygodni. W każdym razie moim docelowym planem jest mieć dwa miejsca do życia – jedno w Szwecji, a drugie w Brazylii, choćby mały domek lub apartament. Cokolwiek, bym mógł tam jeździć, bo moja dusza jest połączona z Brazylią – obrazowo tłumaczy.

Trzeba też wspomnieć, że na przestrzeni lat dał się poznać Lindbaeck jako osoba, którą stać na wszystko – dosłownie. Która nie tylko na stoku uprawia freestyle. Antonio już trzykrotnie był zatrzymany za prowadzenie samochodu pod wpływem alkoholu, za każdym razem śrubując wynik. Jakby powiedzieli złośliwi, początkowo mierzono mu stężenie alkoholu we krwi, ale już ostatnim razem – krwi w alkoholu. W 2004 roku wyszło 0,38 promila, co skończyło się pracami społecznymi. Trzy lata później Antonio dmuchnął już 1,26 promila, nie zatrzymując się przy okazji do kontroli policji i próbując uciekać przed radiowozem. Wtedy też, w emocjach, postanowił zakończyć karierę.

– Jestem wypalony psychicznie, to efekt wyczerpujących podróży i pieniędzy. Przez żużel nie zdążyłem zdobyć zawodowego wykształcenia, ale podejmę teraz każdą regularną pracę, by spędzać wieczory i weekendy w domu. Na tor już nie wrócę – zadeklarował wówczas na gorąco, jednak kilka miesięcy później deklaracja trafiła do kosza. Nadeszła wiosna, należało wsiąść na motor. Wreszcie w 2015 roku na policyjnym wyświetlaczu wyskoczyło 1,51 promila. Zawodnik bił się w piersi, lecz kary nie mógł uniknąć. A tym razem nie skończyło się na pracach społecznych, lecz na 30-dniowym ograniczeniu wolności. Reprezentant Szwecji musiał przebywać w domu z policyjną obrożą informującą o miejscu pobytu. Trzeba też dodać, że przed pięcioma laty obwieścił światu, iż cierpi na odmianę ADHD, co mogło tłumaczyć różnego rodzaju wyskoki.

Wygląda na to, że problemy pozasportowe ojciec czworga dzieci ma już za sobą. Czas się zatem też uporać z przeciwnościami losu, hamującymi wspinaczkę na szczyt. Choć w grupie na tym szczycie już Lindbaeck był i to dwukrotnie. W 2004 roku DPŚ zdobył z kolegami w angielskim Poole, startując m.in. u boku wspomnianego Rickardssona. Zresztą wielki Tony przez jakiś czas pomagał Lindbaeckowi jako mentor i szef całego teamu. Z kolei przed czterema laty Szwedzi sięgnęli po DPŚ w Vojens.

Na podium Grand Prix po raz ostatni stanął Lindbaeck 12 sierpnia 2017 roku w Malilli. Zgarnął wówczas 19 oczek (3,3,2,3,3,3,2), a wiktorii na ostatnich metrach pozbawił go Bartosz Zmarzlik. W 2018 roku od cyklu IMŚ odpoczywał, zajmując piątą lokatę w indywidualnych mistrzostwach Europy, ze stratą ledwie oczka do trzeciego Roberta Lamberta. Marzeń o jeździe w elicie jednak nie porzucił, ba, wywalczył sobie w challenge’u powrót do grona najlepszych. W niemieckim Landshut był trzeci – 10+3 (2,d,2,3,3), po wygranym wyścigu barażowym z Craigiem Cookiem – 10+2 (0,3,2,2,3). A zwyciężył Janusz Kołodziej – 12 (3,3,3,1,2) przed Nielsem Kristianem Iversenem – 11 (3,2,3,3,0). Taki zestaw znacząco wpłynął na… postarzenie się cyklu. W poprzednim sezonie średnia wieku uczestników Grand Prix, z Gregiem Hancockiem, miała wynieść 32,4.

Już w zielonogórskich barwach.

Sezon 2019 Antonio skończył na odległym, dwunastym miejscu w cyklu Grand Prix. Nie da się ukryć, że stały numer na kolejną edycję globalnych mistrzostw otrzymał nie dzięki własnym osiągom, lecz bardziej z uwagi na szwedzkie obywatelstwo. Bo jeden Fredrik Lindgren w cyklu, przy dwóch szwedzkich rundach, to mało – taki wysnuto wniosek na podstawie kuluarowych dyskusji. Wiara w jego umiejętności wciąż jest jednak spora. Choćby w Zielonej Górze, gdzie uznano, że to lepsza opcja niż trzykrotny mistrz świata, jednak już leciwy Nicki Pedersen. Oby zawodnik wreszcie udowodnił, że jest jednak cudownym dzieckiem światowego speedwaya. Że zwyciężać potrafi nie tylko raz na jakiś czas, ale też raz za razem. Jesteśmy ciekawi, ile ojców miałby jego ewentualny wielki sukces…

KAMILA KOERBER