Główny partner portalu

fot. Jarosław Pabijan
Share on facebook
Share on twitter
Share on linkedin
Share on email
Share on whatsapp

Wrocławskim kibicom nazwisko Lech znane jest doskonale. W latach dziewięćdziesiątych Zbigniew Lech z powodzeniem bronił barw Sparty. O karierze – tej na żużlowym owalu, jak i obecnej w poniższej rozmowie ze zdobywcą czternastu punktów w pamiętnym meczu barażowym Sparty w Lesznie.

 

Panie Zbyszku, proszę powiedzieć na początek jak to się stało, że z motocrossu przeszedł Pan do żużla?

Z tym motocrossem to trochę tak hucznie powiedziane. Wtedy tak naprawdę wszystko było w sekcji motocyklowej – trial, enduro oraz motocross. Nie było podziałów na osobne dyscypliny. Ja zaczynałem razem z Krzysztofem Jankowskim, który później również startował na żużlu. Na żużel przeszedłem dlatego, że sekcja motocyklowa działała już mniej prężnie. Wojtek Kończyło zaproponował, abym spróbował swoich sił na żużlu i tak też się ostatecznie wtedy stało. Jednak to też nie było tak, że odstawiłem enduro czy motocross. W sumie i żużel i inne sporty motocyklowe szły u mnie równocześnie. 

Miał Pan chyba to szczęście, że zaczynał Pan starty na żużlu we Wrocławiu w momencie, kiedy Sparta zaczęła powoli się odbudowywać po swoich chudych latach…

Tak. Jak ja przychodziłem, to byli już chyba Grzesiu Malinowski, Marek Bzdęga, Andrzej Cichy i to był już ten moment, że Sparta wtedy była w stanie wygrać mecz w lidze z czym przedtem bywało przecież różnie – jak doskonale Pan wie. 

Zbigniew Lech zaczął startować na żużlu i szybko stał się idolem wrocławskich kibiców…

Czy byłem idolem? Tego nie wiem. Byli przecież jeszcze Henryk Piekarski czy Sławek Gonciarz. Jakoś mi się udawało te punkty na torze  zdobywać, a atrakcję może i faktycznie stanowiłem, ale z tego powodu, że byłem młodym zawodnikiem, który startował i zdobywał punkty. Wtedy we Wrocławiu prym wiedli raczej zawodnicy już nieco podeszli wiekiem (śmiech). Nie było obowiązku posiadania młodzieżowca w drużynie, a ja łapałem się do składu, więc może dlatego było to takie hitowe. 

Robił Pan show we Wrocławiu nie tylko na torze. Poruszał się Pan jako bodajże pierwszy zawodnik we Wrocławiu białym busem z napisem „Zbigniew Lech, Speedway Rider”. Wiało wtedy w okolicach Stadionu Olimpijskiego Zachodem…

Tak dokładnie było (śmiech). To był czas transformacji gospodarczej. Faktycznie chyba jako pierwszy we Wrocławiu i może jeden z pierwszych w Polsce miałem wtedy swojego indywidualnego sponsora. 

Tym pierwszym sponsorem był nie kto inny, jak obecny prezes klubu – Andrzej Rusko. Pan znalazł sponsora, czy sponsor Pana?

Tak, to był Andrzej Rusko i firma Solpol. Miałem naszywki Solpol, motocykl obklejony był Solpolem, no i oczywiście ten słynny bus. Andrzej Rusko interesował się żużlem. Bywał w parkingu, a jako, że wówczas jakoś rokowałem na przyszłość, to zaproponował mi swoją pomoc. Powiem Panu, że wtedy to były jeszcze takie czasy, że chyba żaden z zawodników nie myślał o tym, aby mieć swoich sponsorów. Andrzej Rusko był tym, który zaoferował mi wówczas swoją pomoc. Przyznam było to „ciekawe”, że przyszedł ktoś z zewnątrz i zaproponował mi wsparcie w rozwoju mojej kariery. 

Z tego co wiem, to Andrzej Rusko stał również między innymi za Pana startami w Czechach. Wtedy Czesi jeździli u nas, a Zbigniew Lech startował w Czechach…

Dokładnie. Startowałem bodajże dwa lata w zespole z Liberca i w tym też Andrzej Rusko pomógł. Z Czech miałem wtedy też silniki Jawy, ponieważ stamtąd dostęp do fabryki Jawy był lepszy. GM owszem już się pojawiał, ale Jawa jeszcze wiodła prym. Czesi wtedy startowali u nas, a ja byłem polskim pionierem w Czechach. Zdobyłem nawet Puchar Pragi, który jest trofeum przechodnim. Z tego co wiem, puchar stoi w Pradze, ale moje nazwisko jako triumfatora jest na nim wygrawerowane. 

Startował Pan również w młodzieżowej reprezentacji Polski na żużlu.

Zgadza się. Miałem ten zaszczyt wystąpić kilka razy w reprezentacji. Tu jest ciekawa historia. Wtedy, aby być powołanym do kadry należało mieć odpowiednią średnią. Pilnował jej, a raczej mobilizował mnie nie kto inny jak…. Andrzej Rusko. Miałem specjalny zeszyt, w którym były pisane punkty i wiedziałem, ile mi brakuje do otrzymania powołania do reprezentacji. 

W 1991 roku brał Pan udział w tournée po torach angielskich. Nie kusiło wtedy Zbigniewa Lecha, aby w tej Anglii ścigać się regularnie?

Powiem całkiem szczerze, że nikt wtedy o tym nie myślał. Ruszaliśmy ostro z żużlem we Wrocławiu. W Anglii byliśmy faktycznie, jeździliśmy całkiem sporo na różnych torach, ale nikt nie myślał wtedy, aby rozglądać się tam za jakimiś regularnymi startami. Powiem Panu jedno. Początek lat dziewięćdziesiątych ubiegłego wieku to były czasy zupełnie inne żużlowo aniżeli te obecne. Dziś jak mówimy: „Można jechać i ścigać się w Anglii”, to jest to całkiem proste do wykonania. Wtedy nie było. Poza tym całkiem szczerze, miałem wtedy ligę w Polsce, w Czechach, do tego dochodziły starty w reprezentacji juniorów, więc naprawdę startów miałem dosyć. Można powiedzieć, że był czas, iż nie wysiadałem z busa, tak jak zawodnicy teraz. Chyba tu też byłem swego rodzaju pionierem. Sobota liga czeska, niedziela polska. Do tego w tygodniu jakieś różnego rodzaju „Kaski” lub test mecze, choćby młodzieżowej reprezentacji.  Na brak zajęć żużlowych absolutnie narzekać nie mogłem. 

Do najwyższej ligi awansowaliście w 1991 roku, wygrywając baraże z Unią Leszno. Do dziś nie brak głosów, że baraże były nazwijmy to kolokwialnie „dziwne”…

W Lesznie po prostu był mega przyczepny tor. Z tego co pamiętam, to chyba wywrócił się tam tak klasowy zawodnik, jakim był wtedy Chris Louis. Podbiło go na dziurach, spadł łańcuch i tyle. Leszno zrobiło wtedy przyczepny tor, bo u nas na pierwszym meczu zrobiony był twardy i Leszno było u nas mocno zdziwione. Myśleli, że jak mamy motory na twardy tor, to oni zrobią u siebie przyczepny. W nocy jednak spadł deszcz, komisarzy nie było jak teraz i pojechaliśmy na takim torze, jaki był. Tor był fatalny tak naprawdę. Ja sobie dawałem radę na jego całej szerokości, ponieważ miałem jakieś umiejętności, choćby z tego motocrossu. Pamiętam, że przegrywałem chyba każdy start, a później walczyłem na dystansie. Inni jechali tymi ścieżkami, którymi dało się jechać, a ja „szarpałem” po całym torze. 

Była jakaś specjalna mobilizacja ze strony klubu przed barażami z Unią Leszno?

Nie. Jedyne co było to to, że każdy z nas wiedział, co będzie, jak awansujemy do najwyższej ligi. Wiedzieliśmy, że będzie nowy sprzęt, kombinezony, lepsze zarobki. To wystarczało, aby być odpowiednio nastawionym do tego, aby Wrocław po latach wrócił do żużlowej elity. 

W 1992 roku wrocławski dream team w najwyższej klasie rozgrywek pojechał poniżej oczekiwań. Mówiło się, że jeden „gość” podstawił nie za dobre motocykle…

Ten gość to był nie kto inny, jak Finn Rune Jensen (śmiech). Zamówienie dostał z Wrocławia spore. Każdy zawodnik dostał po dwa kompletne GM-y. Problem w tym, że chyba „gość” przyłożył się do tego tak, jak do sprzedaży hurtowej. Dostaliśmy standardowe motocykle, jakoś super to nie jechało i też wyniku nie było. Inaczej, był, ale poniżej oczekiwań wszystkich. Mieliśmy w 1992 roku piękne skóry, motocykle, kaski, ale to po prostu nie jechało. Inną sprawą jest też fakt, że wielu z nas startowało przedtem na Jawach i też wszystko wymagało tego, aby przełożyć się na GM. GM, mówiąc językiem dla kibica, był bardzo miękki, fajny do jazdy. Przyjemnie się to prowadziło. Jawa była taka bardziej sztywna, toporna. Co jednak z tego, jak ten GM biegów nam nie wygrywał. 

Później były trzy tytuły mistrzowskie. Również za sprawą Otto Weissa. Krzysztof Jankowski wspominał, że jego silniki sprawiały, iż po starcie bywało, że miało się wrażenie iż bieg jest przerwany…

Silniki od Weissa były bardzo elastyczne i wtedy ich zakres obrotów przekraczał normalny silnik. Tak najprościej można to ująć. Jego silniki jechały. Ja jako pierwszy we Wrocławiu miałem silniki Weissa. Pomógł również wtedy Andrzej Rusko. Nie ma co ukrywać, że one były bardzo dobre. Weiss już wtedy robił na „wyższej technologii”. Współpracował między innymi z działem inżynierii BMW i efekty były tego bardzo dobre. Za czasów Weissa zapachniało we Wrocławiu namiastką tego tuningu, który znamy dzisiaj w żużlu. Do tego doszła fantastyczna atmosfera we Wrocławiu i to przyniosło za sobą taki, a nie inny wynik. Wtedy jako zawodnicy nie byliśmy nastawieni jak dzisiaj na „produkcję pieniędzy”, a na wynik i dobrą zabawę. 

Po sezonie 1995 odszedł Pan do Tarnowa…

We Wrocławiu zaczęło brakować dla mnie miejsca . Pojawiła się opcja Tarnowa i odszedłem. Nie czułem się tam tak dobrze, jak we Wrocławiu. Potem wróciłem do Wrocławia na kolejny sezon, jak był Jan Ząbik, a później odszedłem do Łodzi, gdzie wchodził przebojowo jak kiedyś we Wrocławiu Aspro, Andrzej Grajewski. Była to liga niżej, nie wszystko poszło tak, jak sobie wcześniej zaplanowałem i tak naprawdę tam wyleczyłem się z żużla. Po sezonie 1998 zakończyłem swoją karierę.

Co dał Panu żużel w życiu?

Na pewno bardzo wiele. Najważniejsze, że zahartował mnie jako człowieka. Na pewno też zwiedziłem trochę świata. Gdyby nie ten sport, to nie miałbym możliwości choćby zobaczenia tylu zakątków świata. 

Patrząc wstecz. Zmieniłby Zbigniew Lech coś w swojej karierze na żużlu?

Jestem serio przekonany, że jeździłbym do dzisiaj, ale nie do końca wiem co poszło nie tak. Być może brakowało mi obok kogoś na wzór dzisiejszego menadżera w żużlu. Obecnie przy zawodnikach mamy „sztab” ludzi. Wtedy zawodnik sam decydował o wszystkim. Być może nie wszystkie moje wybory były właściwe. Było, minęło. Czasu przecież się nie cofnie. 

Najlepszy mecz w karierze Zbigniewa Lecha?

Z tego co wiem, to kibicom najbardziej zapadł w pamięci baraż w Lesznie, o którym już wspominałem. Sam to tak naprawdę nie wiem. Było parę dobrych spotkań na pewno. Były też i te gorsze oczywiście. W każdym z meczów zawsze chciałem wypaść jak najlepiej. 

Z kim Panu najlepiej jeździło się w parze?

Czytałem – i to chyba u Pana – jak Krzychu Jankowski mówił, że jemu najlepiej startowało się ze mną. Powiem, że mi też z nim jechało się  najlepiej. My razem rywalizowaliśmy już w sekcji motocyklowej, a później przenieśliśmy to na żużel. Potrafiliśmy prowadzić bieg i ze sobą rywalizować (śmiech). Żeby było jasne. Z Krzychem byliśmy super kolegami. 

W którą stronę zmienił się żużel? W lepszą czy gorszą?

Nie wiem. Mówię to całkiem serio. Nie siedzę już w środku tego sportu, więc ciężko mi coś powiedzieć, a mówienie czegoś na siłę mija się z celem. 

Ostatnio wrócił Pan do żuła w roli eksperta w studio…

Tak. Po moim występie zadzwonił Bartek Czekański i mówi: „Zbychu byłem pewien, że będzie lipa, ale wyszło całkiem całkiem”. Źle chyba nie było, ale to głównie nie moja, ale zasługa prowadzącego – Macieja Markowskiego, który czuje ten sport (śmiech). Sam z siebie zadowolony nie jestem. Powiem jedno. Inaczej ogląda się pracę ludzi w studio z kanapy, a inaczej wygląda to od „kuchni”. 

Dorobił się Pan na żużlu?

Skłamałbym gdybym powiedział, że nie miałem na chleb. Zarabiało się na żużlu, ale też jak mówiłem wcześniej bywały czasy, że z tego busa się prawie nie wychodziło. 

Co porabia Pan dziś prywatnie?

Prowadzę warsztat samochodowy. W głównej mierze zajmuję się elektryką w samochodach czy motocyklach. 

Na żużlu rzadko ponoć można Pana spotkać.

To prawda. Najczęściej kolidują terminy. Cały czas ścigam się w enduro i starty pokrywają się z moimi zawodami czy treningami. Ostatnio choćby Wrocław jechał w Lesznie, a ja w zawodach w Romanówce niedaleko Białegostoku. 

No właśnie, tytułu zatem do rozmowy dać nie możemy: „Moja kariera była taka czy inna”, ponieważ poza żużlem ona trwa nadal…

Dokładnie tak. Tyle, ile można chcę jeszcze „wyjąć” z tego Enduro. Obecnie prowadzę w mistrzostwach Polski w klasie Masters, jadę na sześciodniówkę w mistrzostwach świata, tak więc dalej siedzę na motocyklu tylko nie tym żużlowym. 

Wróćmy na koniec do tej Pana popularności. Pamiętam osobiście taki mecz, jak kibice w momencie kiedy Pana po jakimś upadku, bodajże w 1991 roku, wkładano do karetki krzyczeli, aby Pana nie wieźć tylko na Rydygiera (ulica przy której znajdował się szpital we Wrocławiu – dop.red ) z obawy, że tam Pana źle „poskładają”…

Wrocław miał i ma fantastycznych kibiców. Jak mówiłem wcześniej, popularność była i było to bardzo miłe. Byłem rozpoznawalny. Dlatego może też nie „siadł” mi ten Tarnów. Nie ukrywam popularność też trochę życie ułatwiała. Mocno promował nas wtedy w telewizji redaktor Waldemar Niedźwiecki. Był nawet taki plebiscyt na najpopularniejszego człowieka na Dolnym Śląsku i sam nie wiem, jak to się stało, ale ja go wtedy  wygrałem…

Dziękuje za rozmowę.

Dziękuje również i pozdrawiam wszystkich kibiców. Nie tylko tych, którzy mnie pamiętają. 

Rozmawiał ŁUKASZ MALAKA